
Niektórzy stracili już nadzieję, że taki koncert kiedykolwiek się odbędzie. Inni nie wierzyli pewnie do samego końca, nawet gdy został już ogłoszony – bo przecież ile razy słyszeliśmy o wydarzeniach, które były niemal w ostatnim czasie odwoływane albo przekładane z powodu niedyspozycji artystów? Na szczęście jednak potwierdziło się to, z czego sama Cyndi Lauper wielokrotnie się śmiała: że – tak jak jej przyjaciółka Cher – jest niezniszczalna na scenie. I z charakterystyczną dla siebie energią uraczyła publiczność w Atlas Arenie znakomitym, niemal dwugodzinnym, widowiskiem.
W materiałach zapowiadających trasę artystka – doskonale znana też przecież z działalności musicalowej – zapowiadała, że wraz ze swoim zespołem przygotowuje unikatowy spektakl, dopracowany pod każdym względem. I rzeczywiście taki właśnie w Łodzi obejrzeliśmy. Zaczęło się od dynamicznego intro, gdy na głównym telebimie, ustawionym tuż za sceną, mogliśmy zobaczyć Cyndi na różnych etapach jej bogatej kariery. Już ten krótki fragment zwiastował, że zaraz wiele będzie się działo pod dachem największej hali w tej części kraju – i kolejne minuty były tego potwierdzeniem.
Jeśli chodzi o samą setlistę, niespodzianek akurat nie było żadnych. Na przywitanie z widownią Amerykanka zaśpiewała „She Bop”- czyli jedną z piosenek, dzięki której przeszła do historii jako pierwsza piosenkarka, mająca cztery single z debiutanckiego krążka w czołowej piątce prestiżowej listy Billboard Hot 100. Po tym utworze nastąpiło tak długo oczekiwane przywitanie z polską publicznością – czuć było, że na ten właśnie moment czekali nie tylko fani. Sama artystka sprawiała wrażenie bardzo szczęśliwej, że przynajmniej przy okazji pożegnalnej trasy udało jej się dotrzeć do naszego kraju. Cyndi nie dość, że z wyraźnym zakłopotaniem zaczęła przepraszać i tłumaczyć się, czemu wcześniej ani razu do nas nie dotarła, to jeszcze wyszukiwała polskie akcenty w swoim życiorysie (co zresztą czyniła później jeszcze kilka razy w trakcie koncertu). No i wyraźnie zakłopotana przepraszała, że nie umie nic powiedzieć po polsku. A przecież równie dobrze mogła po prostu wyjść na scenę, rzucić jakimś oklepanym „dzen dobry” albo „hello Lodz”, zagrać swoje kawałek po kawałku i zniknąć w zaciszu przytulnej garderoby…
Tymczasem opinia widzów była zgodna: Cyndi zachowywała się jakby chciała nie tylko jak najlepiej zaprezentować materiał, ale i opowiedzieć o sobie jak najwięcej – próbując w ten sposób nadrobić lata nieobecności u nas od czasu debiutu scenicznego. Dzięki temu koncert ten naprawdę był wielowymiarowy – było wesoło, nostalgicznie, inspirująco i… długo można by tak wymieniać. A towarzyszyły temu oczywiście odpowiednio dobrane efekty wizualne na telebimie oraz stroje. Dość powiedzieć, że Lauper po raz pierwszy przebrała się już po trzecim kawałku – „When You Were Mine” z dorobku Prince’a. W międzyczasie wybrzmiało jeszcze „The Goonie ‘R’ Good Enough”, które przypomniało nam z kolei o silnych związkach artystki z branżą filmową.
Później czas w Atlas Arenie zaczął biec jeszcze szybciej. Najpierw niesamowite wrażenie zrobiło oryginalne wykonanie „I Drove All Night”, który to utwór młodsi widzowie z pewnością kojarzą dużo lepiej za sprawą późniejszej wersji Celine Dion. Potem serca publiki skradło melancholijne „Who Let In the Rain” z wielkimi kroplami deszczu na telebimach. Aż znowu temperatura wzrosła, gdy Cyndi wraz z towarzyszącymi jej muzykami za sprawą bębnów i innych tradycyjnych instrumentów przenieśli nas do Afryki wykonując „Iko Iko” z repertuaru Sugar Boy and His Cane Cutters.
U Amerykanki, nie bez powodu uchodzącej za ikonę feminizmu, nie mogło również zabraknąć odniesień do pierwszych kobiet w czołówkach list przebojów. O tym, że były numerami jeden jeszcze przed Elvisem Presleyem przypomniała przed „Funnel of Love”, który pierwotnie wykonywała Wanda Jackson. Podczas tej piosenki praktycznie wszyscy na hali podrygiwali w rytm melodii, aby po paru chwilach w skupieniu i ze wzruszeniem wysłuchać ballady „Sally’s Pigeons”, której tekst jest oparty na wspomnieniach z dzieciństwa urodzonej w Nowym Jorku wokalistki. Okres zadumy nie trwał bynajmniej długo, bo następnym utworem w rozpisce był „I’m Gonna Be Strong”, napisany przez Frankiego Lainę, który – co ciekawe – podobnie jak Lauper miał włoskie korzenie. I z pewnością był to jeden z tych kawałków, kiedy doskonale mogliśmy się przekonać o sile czterech (niektóre źródła mówią nawet o pięciu) oktaw u Cindy Lauper.
Na koniec pierwszej dziesiątki utworów zrobiło się nieco bardziej alternatywnie za sprawą „Sisters of Avalon”, czyli tytułowej piosenki z albumu, który gwiazda piątkowego wieczoru wydała w drugiej połowie lat 90. Po niej nastąpił powrót do wcześniejszej dekady, czyli okresu, gdy w połowie lat 80. Lauper konkurowała z Madonną o tytuł królowej popu. Może nie będę obiektywny, bo „Change of Heart” to jedna z moich ulubionych kompozycji Cyndi, ale cały czas mam poczucie, że to jedna z najbardziej niedocenianych obecnie perełek w jej muzycznym dorobku – patrząc choćby przez pryzmat liczby wyświetleń na YouTubie…
Jako przedostatni punkt podstawowej setlisty, bohaterka wieczoru przewidziała „Time After Time”, którego nikomu chyba przedstawiać nie trzeba. Dosłownie w kilka sekund w Atlas Arenie rozbłysły światła latarek z telefonów i kilka tysięcy osób śpiewało wraz z artystką jeden z jej największych przebojów. Bez wątpienia to był jeden z tych obrazów, które pozostaną w głowach uczestników koncertu jeszcze przez długi czas. A zanim Amerykanka pożegnała się po raz pierwszy tego dnia, brawurowo wykonała jeszcze „Money Changes Everything”, czyli własną interpretację utworu The Brains i zarazem kolejnego „asa” ze swojego pierwszego krążka „She’s So Unusual” (przypomnijmy, pokrytego wielokrotną platyną).
Gdy wybrzmiały ostatnie takty, Lauper zniknęła wraz z zespołem za kulisami, ale nikt nie ruszył się ze swojego miejsca w kierunku wyjścia. Po pierwsze, każdy widział, że 71-latka jest w świetnej formie. A po drugie – wszyscy zdawali sobie sprawę, że to nie koniec magicznych momentów tego wieczoru. Że takowe powinny być jeszcze co najmniej dwa…
I były. Przed poruszającym finałem dostaliśmy jeszcze od Amerykanki „Shine”, co było muzycznym wypadem do początku lat 2000. i jednocześnie ósmego albumu artystki (o tym samym tytule). Dla Cyndi była to też doskonała okazja do zrobienia wypadu do… publiczności – przybijając piątki z fanami siedzącymi na skraju kolejnych rzędów artystka dotarła do specjalnie przygotowanej drugiej sceny, gdzie dokończyła piosenkę. Tam też wykonała następną i po raz kolejny zachwyciła zgromadzoną w Łodzi publiczność. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że przesłanie „True Colors” i jedyna w swoim rodzaju barwa głosu Lauper przyprawiły o gęsią skórkę większość gości. A widok artystki, trzymającej kolorową chustę podwiewaną przez specjalnie przygotowane wentylatory, to kolejny z obrazów, który na długo będzie się kojarzył z jej koncertem w Atlas Arenie.
Pod sam koniec występu trudno już było znaleźć w hali osoby, które siedziały na swoim miejscu. Lecz nie mogło być inaczej, bo gdy tylko z głośników poleciały pierwsze dźwięki „Girls Just Want to Have Fun”, a gwiazda zaczęła kierować się z powrotem na główną scenę, na widowni rozległ się pełen entuzjazmu pisk, za którym szybko podążyły różnego rodzaju pląsy. Ale czy ktokolwiek w ogóle wątpił, że może być inaczej? Przecież to utwór-gigant, od którego rozpoczęła się światowa kariera Lauper i którego popularność nie słabnie mimo upływu lat. Wystarczy przecież wspomnieć, że teledysk do tego utworu na oficjalnym koncie artystki na YouTubie obejrzano już dotąd ponad półtora miliarda razy, co plasuje Cyndi w absolutnej czołówce globu. Śpiewali młodsi i śpiewali starsi, doskonale czując, że uczestniczą w wydarzeniu, które może się już nigdy nie powtórzyć. Podobne uczucia towarzyszyły chyba samej wokalistce, która nie kryła się z tym, że witając się z naszym krajem, od razu też żegna się z nim jako piosenkarka. Choć po tym, co zobaczyliśmy, pewnie mało kto narzekałby, gdyby Lauper zmieniła jednak zdanie i dała się namówić na jeszcze jedną rundę po Europie pożegnalnego tournee.
Cyndi w Atlas Arenie potwierdziła, że jest artystką wybitną. Że nie przez przypadek została zaproszona pośród plejady gwiazd do nagrania hymnu „USA for Africa” (swoją drogą, już w lipcu będzie można w Łodzi usłyszeć Lionela Richiego – innego uczestnika tego wyjątkowego projektu). Że nieprzypadkowo także to właśnie ją Roger Waters zaprosił do wykonania legendarnego „The Wall” po upadku Muru Berlińskiego za naszą zachodnią granicą. A to tylko początek wyliczanki pełnej niezliczonych nagród, udanych tras (między innymi z Tiną Turner czy Cher) i sukcesów poza sceną… Ale co godne podkreślenia, swoim występem Lauper dała też dowód, że mimo tych wszystkich osiągnięć wciąż ma do sobie ogromny dystans i luz. Próżno w niej było doszukiwać się cech rozkapryszonej gwiazdy, co w przypadku wykonawców młodego pokolenia wcale nie jest regułą. Dominowały za to raczej skromność oraz autentyczność, w tym autentyczna radość z możliwości bycia tu i teraz. Taką ją ceniliśmy, czekając na nią. I taką ją zapamiętamy – w nadziei, że jeszcze czymś nas jako artystka w przyszłości jednak zaskoczy!
Bartek Król – Z wykształcenia prawnik, z zawodu – dziennikarz. W mediach w różnych rolach od przeszło dwóch dekad. Jego największą pasją są podróże – odwiedził dotąd blisko 50 krajów świata i nie może doczekać się kolejnych wypraw. Koncertów trudno już mu się doliczyć, ale na pewno „było ich ponad trzysta”. Płyty przesłuchuje między innymi podczas biegania – często można go spotkać na trasach Łodzi i regionu. Najbardziej lubi mroczne i dość ciężkie brzmienia, ale z entuzjazmem potrafi też wsłuchać się w artystów wykonujących zupełnie inną muzykę.