
Choć zespół Dżem zaprezentował się w Atlas Arenie wcale nie po raz pierwszy, to piątkowy koncert był z wielu względów wyjątkowy. Po pierwsze, przypadał przecież w Dzień Kobiet, a nic – obok odrobiny słodkości i kwiatów – nie wywołuje takiego uśmiechu u przedstawicielek płci pięknej, jak dźwięki doskonale znanych melodii i wspomnienia, które się z nimi wiążą. Po drugie, mimo że trzon grupy pozostaje niezmieniony od dekad, to publiczność w największej łódzkiej hali dopiero po raz pierwszy mogła usłyszeć na żywo głos nowego wokalisty. Nowego, chociaż o nazwisku znanym fanom doskonale… No i po trzecie, oprócz nowego brzmienia poszczególnych utworów, można się było spodziewać odświeżonej setlisty, co sugerowały wcześniejsze występy grupy z początku tego roku.
Z pewnością to był jeden z tych koncertów, które przypominają, że jednak ani nie trzeba zapraszać tabunu gości specjalnych, ani szykować jakichkolwiek efektów specjalnych na scenie, aby publiczność wychodziła zadowolona. Wystarczy wirtuozeria w wykonaniu, pełne zaangażowanie i… wypracowany latami zestaw hitów, które widownia świetnie zna i potrafi odśpiewać zwrotka po zwrotce. Widownia, dodajmy, nadspodziewanie liczna, bo widok trybun i płyty robił tego wieczoru naprawdę duże wrażenie. Gdyby podmienić ujęcia ze zdjęciami zrobionymi podczas wizyt zagranicznych gwiazd, chyba nikt by się zorientował. Idę o zakład, że sami muzycy też nie raz i nie dwa uśmiechnęli się do siebie, widząc co działo się przed nimi.
Zaczęło się dość spokojnie – od „Jesionów” i „Nieudanego skoku”. Samo przywitanie też było bardzo zwięzłe – „siema Łódź” rzucił tylko do mikrofonu Sebastian Riedel, któremu niedługo minie rok w roli wokalisty legendarnej formacji. Zupełnie jakby nie chciał się na początku rozpraszać rozwlekłymi monologami. Szczególnemu skupieniu u 47-latka nie było co się jednak dziwić, bo pewnie doskonale zdawał sobie sprawę, że na koniec u bardzo wielu osób nie uniknie porównań nie tylko do swojego ojca, ale i Macieja Balcara, który przed nim stał przy mikrofonie Dżemu przez blisko ćwierć wieku.
Jako trzeci wybrzmiał niezwykle rytmiczny „Kim jestem – jestem sobie”, czyli kolejny utwór z debiutanckiego albumu „Cegła”. Tuż po nim usłyszeliśmy „Mamy forsę, mamy czas”, przy którym publiczność pod sceną zaczęła kołysać się coraz żwawiej. W trakcie „Ćmy barowej” – jednego z młodszych utworów na całej setliście, z płyty o wymownym tytule „2004” – znów zrobiło się nieco bardziej nastrojowo. Lecz gdy tylko po kolejnej gitarowej solówce kolegów Sebastian zachęcił publikę do wspólnego klaskania, charakterystyczny odgłos uderzanych o siebie dłoni natychmiast zdominował całą Atlas Arenę.
Później napięcie jeszcze bardziej rosło, bo panowie ze Śląska postanowili uraczyć wszystkich pierwszymi klasykami. Najpierw znakomicie odegrali „Małą Aleję Róż”, a następnie poruszający „List do M.”, który to Bastek zadedykował wszystkim paniom z okazji ich święta. I po raz pierwszy tego dnia (bynajmniej wcale nie ostatni) hala rozświetliła się blaskiem smartfonowych latarek, co jeszcze podkreśliło przekaz piosenki.
Kolejnym kawałkiem, który zaprezentowali nam rodzimi giganci w dziedzinie rockowo-bluesowych brzmień, był „Powiał boczny wiatr”. Na jego koniec uwaga publiki skupiona była głównie na klawiszowcu Januszu Borzuckim, który popisał się hipnotyzującą wręcz momentami solówką. Sebastian Riedel w tym czasie na chwilę zniknął ze sceny, aby powrócić tuż przed pierwszymi taktami „Partyzanta”, czyli jakże przejmującego utworu z „Muzy” (ostatniego jak dotąd studyjnego wydawnictwa grupy, który został wydany w 2010 roku). W dobie wydarzeń na wschodzie Europy, tekst tej kompozycji chyba nigdy nie był bardziej aktualny…
Jeszcze na dobre nie opadły emocje związane z opowieścią o „walce ze złem”, gdy byliśmy świadkami następnego momentu, który u zdecydowanej większości wywołał ciarki na plecach. Wszystko za sprawą ballady „Do kołyski”. To zdecydowanie największy hit zespołu z czasów obecności w nim Maćka Balcara, więc wśród chóralnych śpiewów na widowni tym razem przeważały głosy młodszych fanów. Ponownie nie obyło się bez zapalonych latarek w telefonach, a gromkie brawa na koniec były jedynie oczywistym potwierdzeniem tego, że wersja zaproponowana przez „młodego Riedla” przypadła wszystkim do gustu.
Na wskroś magicznie zabrzmiał też odegrany zaraz później „Paw”. Nie mogło być jednak inaczej, bo to przecież jedna z pierwszych autorskich kompozycji zespołu – między innymi właśnie dzięki niej grupa szybko wdarła się do czołówki polskiego rocka i bluesa. Przed kolejnym utworem ze sceny poleciała następna dedykacja, tym razem „dla wszystkich rozpoczynających sezon”. To mogło zwiastować tylko jeden numer – „Harley mój”, podczas którego Sebastian z powodzeniem zachęcił publiczność do wspólnego odśpiewywania refrenu.
Następny utwór rozpoczął się od półtoraminutowego wprowadzenia w postaci gitarowego solo. Za sprawą koloru świateł przeszywających wnętrze Atlas Areny szybko stało się jasne, że oto zaczyna się „Czerwony jak cegła”. To utwór otwierający premierową płytę Dżemu i dla wielu kwintesencja twórczości zespołu, więc i tym razem nie obyło się bez gromkich śpiewów na hali. Wokalne zabawy na tyle podobały się zarówno samemu zespołowi, jak i fanom, że cała piosenka trwała przeszło osiem minut (dla porównania, wersja studyjna trwa niewiele ponad pięć minut).
Na koniec podstawowej setlisty Dżem zabrał wszystkich w nostalgiczną podróż „Wehikułem czasu”. U niejednego fana myśl o „tym klimacie, luzie i wspaniałych ludziach” wywołała w kącikach oczu łzy wzruszenia. Podczas ostatnich akordów nikt już praktycznie na trybunach Atlas Areny nie siedział, a schodzący za kulisy zespół pożegnały wkrótce rzęsiste brawa. „Kochana Łódź, dziękujemy. Dziękujemy wszystkim” – rzucił jeszcze tylko Sebastian Riedel i… można było zacząć odliczać do bisów.
A na bisy nie trzeba było długo czekać. Kto jak kto, ale tak doświadczony zespół, jak Dżem, doskonale wie, co trzeba robić, aby temperatura widowiska niepotrzebnie nie spadła. Zapowiadając „Sen o Victorii” Bastek przypomniał jeszcze tylko, że w rozpoczynającej się właśnie balladzie tytułowa Victoria nie oznacza wcale żadnej kobiety o tym imieniu, a wolność, której tak bardzo wszystkim brakowało w czasach, gdy jego ojciec z nieżyjącym już także Pawłem Bergerem komponowali utwór. Na hali znów zrobiło się melancholijnie i po raz kolejny można było delektować się nie tylko genialnymi dźwiękami, ale i scenerią pełną świateł z telefonów komórkowych.
I tak oto niepostrzeżenie nastał finał koncertu. Na pożegnanie z Łodzią i Atlas Areną panowie z Dżemu nie zaskoczyli i postawili na pewniaka w postaci „Whisky”. Ale cóż to był za pewniak – 13-minutowe wykonanie, podczas którego usłyszeliśmy Bastka grającego na harmonijce, kolejne pełne kunsztu solówki i swoiste jam session. W międzyczasie Riedel, jak na prawdziwego frontmana przystało, przedstawił też po kolei każdego z muzyków, aby mogli oni zebrać zasłużone oklaski. Co znamienne, gdy zegar pokazywał, że od rozpoczęcia koncertu minęły już prawie dwie godziny, cała szóstka wyglądała, jakby wcale nie miała ochoty schodzić ze sceny.…
Po koncercie grupy z takim imponującym dorobkiem zawsze od razu rozpoczyna się dyskusja o doborze setlisty na dany dzień. Nie inaczej było i tym razem, gdy publiczność niespiesznie zaczęła opuszczać Atlas Arenę. Jedni byli pewnie nieco zdziwieni, że zabrakło „Jak malowany ptak”. Inni lekko kręcili głową, że mógłby pojawić się choćby „Autsajder” albo „Najemnik”. Jeszcze innym brakowało „Naiwnych pytań” (lepiej znanych jako „W życiu piękne są tylko chwile”), a kolejnym „Wokół sami lunatycy” czy „Modlitwy III – pozwól mi”. Prawdopodobnie byli też tacy, którzy czekali na jakąś totalną niespodziankę w zestawie… Ale takie dyskusje tylko zaostrzają apetyt na kolejny koncert zespołu, który – miejmy nadzieję – wkrótce nastąpi.
Bo piątkowym występem dla łódzkiej publiki Dżem udowodnił, że mimo upływu lat wciąż zalicza się do muzycznej ekstraklasy w naszym kraju. Niewiele jest grup, które mimo tak długiego stażu na scenie wciąż potrafią ściągnąć tak liczną widownię i później tak wspaniale oczarować ją swoim repertuarem. Nie trzeba być magistrem muzykologii, żeby u muzyków Dżemu wyczuć autentyczną radość z grania. A patrząc na aktualną dyspozycję braci Otrębów i Jerzego Styczyńskiego, przyznam, że już nie mogę się doczekać pierwszej studyjnej płyty zespołu z Riedlem-juniorem na wokalu…
Bartek Król – Z wykształcenia prawnik, z zawodu – dziennikarz. W mediach w różnych rolach od przeszło dwóch dekad. Jego największą pasją są podróże – odwiedził dotąd blisko 50 krajów świata i nie może doczekać się kolejnych wypraw. Koncertów trudno już mu się doliczyć, ale na pewno „było ich ponad trzysta”. Płyty przesłuchuje między innymi podczas biegania – często można go spotkać na trasach Łodzi i regionu. Najbardziej lubi mroczne i dość ciężkie brzmienia, ale z entuzjazmem potrafi też wsłuchać się w artystów wykonujących zupełnie inną muzykę.ą